Opowieści z Cathair Cothrom – VI


Valmai Dibeartach Lan, 20 luty 825

Młoda elfka o czarnych włosach i perłowobiałej skórze stała na ulicy Cathair Cothrom. Z każdej strony mijał ją tłum plebejuszy i kupców. Chociaż teoretycznie należała do najwyższej grupy społecznej, do szlachty, niewielu zwracało na nią uwagę. Przyczyna tego była prosta – kobieta należała do najmniej szanowanego domu, domu Dibeartach Lan. Nie bez powodu jego nazwa oznaczała „Dom Wyrzutków”.

Valmai Dibeartach Lan owinęła się ciaśniej srebrno-czarnym płaszczem i naciągnęła kaptur na głowę, kiedy mijał ją patrol straży – najwyraźniej sponsorowany przez dom Cogadh Lan, ponieważ wszyscy mieli czerwono-czarne wstążki na ramionach.

Przechodnie i kramarze odsuwali się, widząc jej płaszcz. Tylko kilku żebraków – byłych niewolników i mieszańców – wyciągnęło do niej ręce. Valmai potrząsnęła głową. Nie miała nadmiaru pieniędzy, a nawet gdyby miała, nie marnowałaby ich na takie stworzenia.

Kobieta dotarła do końca poziomu. Nie-elf zawahałby się, widząc przed sobą tylko pustkę, ale Valmai była do tego przyzwyczajona. Nie bez kozery Cathair Cothrom znaczyło ni mniej, ni więcej tylko Miasto Poziomów. Skoczyła w pustkę, wiedząc, że magia pozostawiona przez założycieli miasta – a może bóstwa – zapewnia, że znajdzie się bezpiecznie na tym poziomie, na którym chce się znaleźć.

Tak więc Valmai stanęła pewnie na nogach kilkadziesiąt metrów niżej. Tylko kilkaset metrów wąskich uliczek dzieliło ją od siedziby domu Dibeartach Lan… były to jednak uliczki pełne motłochu. Sytuacji nie poprawiał fakt, że dom Dibeartach Lan był znany z częstego adoptowania dzieci – nie tylko szlachty, ale i niższych warstw. Valmai była pewna, że wielu plebejuszy liczy na zostanie członkami domu szlacheckiego… nawet, jeśli byli to tylko Dibeartach Lan.

Zirytowana Valmai sięgnęła po swój buzdygan i rozpędziła nim kilka goblinów kłócących się na środku drogi. Inny może by się zastanowił, co robią razem przedstawiciele rasy niewolników, ale nie szlachcianka – ona nie poświęciła im nawet jednej myśli.

Po kilku minutach kobieta dotarła do dworu Dibeartach Lan, a raczej tego, co z niego zostało. Mówiło się, że niegdyś był to wspaniały dwór, godzien Uasal Lan albo Traidi Lan… jednakże stulecia pozostawiły na nim swój ślad. Na wrotach nadal było widać godło domu – czerwoną lancę na srebrno-czarnej tarczy – jednakże rzeźby zostały obalone, a kute zdobienia starte.

Valmai otworzyła wrota – musiała użyć do tego większości swojej siły – a potem weszła do domu. Na fasadzie nie było widać tylu zniszczeń, co na bramie, jednak oczywistym było, że dwór nie należy do najpotężniejszego z domów.

Jeden z żołnierzy w wytartych kolczugach ruszył w jej stronę z podniesioną bronią. Kiedy ją rozpoznał, cofnął się z ukłonem. Kobieta przeszła przez szpaler straży, nie zaszczycając ich nawet jednym spojrzeniem.

Weszła do swojej komnaty, gdzie czekała para sług – praktycznie jedyni, którzy pozostali w domu, nie licząc kuchcików. Ukłonili się, rozpoznając swoją panią.

Cdn.

Dodaj komentarz

Filed under My stories, My world, Polski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s