Opowieści z Cathair Cothrom – XIII


Sneag Cogadh Lan, 1 lipca 825

 

Młodziutka Banrion otworzyła powoli oczy z dziwnym uczuciem, że ktoś ją obserwuje. Jej partnera, Solamha, nie było w łóżku – przewróciła się więc na drugi bok i sięgnęła po nóż schowany pod poduszką. Z bronią w dłoni rozejrzała się po całej komnacie… nic. Pusto. Sądząc po dźwiękach, jej kochanek znajdował się w łaźni.

Wciąż miała wrażenie, że ktoś się jej przygląda. Kiedy spojrzała w ciemny kąt, zdało jej się, że widzi krwistoczerwone włosy i piękną elfią twarz.

–         Ceanag? – wyszeptała, zastanawiając się, czy to nie widmo jej matki.

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak i dlaczego zginęła. Na kim się zemścić – pomyślała. Ku jej rozczarowaniu, przezroczyste widmo tylko potrząsnęło głową. Następnie w jej stronę wyciągnęła się piękna dłoń. Czerwone paznokcie zdawały się muskać jej policzek, a potem postać zniknęła.

Sneag powoli wstała. Całą noc śniła o wojnach i krwi; wojnach, które toczyły się przed jej narodzeniem. Gdyby tylko mogła się dowiedzieć, skąd się te sny wzięły… ale w domu Cogadh Lan nie było porządnej kapłanki. Jedna ze służek twierdziła, że jest oddana Królowej Wojny, ale kto by tam słuchał służącej?

Usłyszała kroki – prawdziwe kroki kogoś z krwi i kości. To Solamh wrócił z łaźni, ubrany tylko w srebrną kamizelkę i pas, który mu darowała kilka tygodni temu na znak jego nowej pozycji. Po jego oczach poznała, że chętnie znalazłby się z powrotem w łóżku… razem z nią.

Potrząsnęła głową i zaczęła zakładać zbroję. Mężczyzna zmarszczył brwi.

–         Czyżbyś wybierała się poza miasto, pani? – spytał.

–         Możliwe – odpowiedziała krótko. – Ale najpierw poproszę Królową Wojny o błogosławieństwo.

Mian Lan pomógł jej ułożyć kolczugę na ramionach, kiedy sama zakładała bogato zdobione naramienniki. Kółeczka kolczugi były jednolicie czarne; reszta zbroi – czerwono-czarna. W ten sposób nie było szans, by ktoś mógł się nie domyślić jej pochodzenia. Sneag usiadła na łóżku i zapięła powoli nagolenniki, utrzymane w tych samych barwach, co reszta pancerza. Kiedy wstała, zobaczyła wpatrzone w siebie szeroko otwarte oczy służącej.

–         Moja Banrion potrzebuje dobrej broni – wydusiła z siebie wreszcie dziewczyna, po czym odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju.

Cogadh Lan już miała ochotę przekląć dziewkę za bezmyślność i samowolę, kiedy ta wróciła. Na poły niosła, na poły ciągnęła za sobą miecz… miecz podwójny. Przyklękła i podała go swojej pani, która złapała go jednym ruchem.

–         To Fuil, moja pani. Miecz, który przed wiekami podarowała naszemu domowi sama Królowa Wojny.

–         Krew… – powtórzyła Sneag zamyślonym głosem, gładząc niczym dłoń kochanka krawędź ostrza.

Miecz był ostrzejszy i lepiej wykonany niż jakikolwiek inny, który do tej pory trzymała. Solamh, który zapiął już swój srebrny napierśnik, wyciągnął dłoń i dotknął rękojeści, po czym głośno zaklął.

–         Sola? – zapytała, zaskoczona.

–         Od dawna nie czułem takiej ilości magii – powiedział drżącym głosem mężczyzna. – Byłbym skłonny uwierzyć, że rzeczywiście dotknęła go twoja patronka.

–         Wobec tego muszę jej podziękować – odparła Sneag. – Taog! Moja lektyka!

Czterech silnych służących poniosło więc rychło lektykę w barwach domu Cogadh Lan do miejskiej świątyni Królowej Wojny. Banrion Sneag śmiało weszła do środka w cieniu ogromnych, krwistoczerwonych wrót, na których wymalowano symbol bogini – zdobiony miecz podwójny. Kobieta mimo woli spojrzała na Fuila, którego wciąż trzymała w ręku.

Przeszła między szpalerem kapłanów aż do ołtarza wykonanego z czerwonego kamienia. Za ołtarzem stała ogromna figura Królowej Wojny, sięgająca aż do sufitu i mająca dobrych kilka metrów. Bogini trzymała w dłoni swój miecz, zwany Śmiercionośnym, a spojrzenie jej oczu wydawało się świdrować każdego wchodzącego do świątyni.

Sneag uklękła powoli, uważając, aby nie zawadzić gdzieś brzegiem zbroi i jej nie uszkodzić – w końcu kosztowała ona niezłą fortunę. Czuła się tak drobna i mało znacząca przy ogromnej postaci bogini.

Nagle zdało jej się, że twarz Królowej Wojny staje się twarzą, którą widziała dzisiejszego ranka w swojej komnacie. Te same krwistoczerwone włosy, te same palce o czerwonych paznokciach…

Czy to mogła być Królowa Wojny? – pomyślała młoda Banrion Cogadh Lan. Nie spodziewała się odpowiedzi, ale zdało jej się, że słyszy potwierdzenie, wypowiedziane dziwnie znajomym głosem. Obejrzała się.

Solamh stał w wejściu do świątyni, oświetlony przez kulę smoczego blasku w czerwonawym kolorze. Światło odbijające się od jego srebrnego pancerza nadawało mu przerażający wygląd, podobny do przybyszy. Sneag widziała jego zaciśnięte w grymasie usta. Pewnie wolałby znajdować się w świątyni Królowej Szlachty, w ciepłym złotym blasku, albo u Dawczyni Życia, skąpany w srebrze.

–         Mówiłeś coś, Sola? – zapytała.

Mężczyzna potrząsnął głową.

Cdn.

Dodaj komentarz

Filed under My stories, My world, Polski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s